Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuchennie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kuchennie. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 lipca 2014

Sałatka ziemniaczana z maślanką

Sałatki ziemniaczane nigdy nie należały do moich ulubionych. Zazwyczaj suto doprawiane majonezem odbijały się kilka godzin później takim dziwnym ciężarem w okolicach żołądka. Niektóre z nich też kwaśne straszliwie. I przypadkowo, kilka tygodni temu, wpadłam na przepis sałatki ziemniaczanej z sosem na bazie maślanki. Rewelacyjna! Zakwaszona delikatnie sokiem z cytryny, jedynie trzy składniki, wymarzona na gorące dni. Spróbujcie !

1 kg drobnych, młodych ziemniaków
około 1/2 kg (może być mniej) malutkich czerwonych pomidorków
mozarella - albo małe kuleczki albo pokrojona w kostkę - mniej więcej połowa tego ile pomidorków
1/4 szklanki oliwy z oliwek
1//4 szklanki maślanki
łyżka miodu
sok z jednej małej cytryny (2-3 łyżki)
garść liści bazylii
sól i pieprz, do smaku :)

Ziemniaki, jak najdrobniejsze, myjemy dokładnie i kroimy na ćwiartki lub ósemki. Nie obieramy !
Gotujemy do miękkości ( ale tak aby sie nie rozpadały) w dobrze osolonej wodzie. Schładzamy do co najmniej temperatury pokojowej (to bardzo ważne, jeśli ziemniaki są ciągle ciepłe mozarella zacznie się nam topić ). Przygotowujemy sos z oliwy, maślanki, soku z cytryny, miodu , soli i pieprzu. Mieszamy z ziemniakami. Dodajemy mozarellę i przekrojone na pół pomidorki i bazylię (pokrojoną). I do lodówki na co najmniej godzinę, najlepiej dwie. Wyjąć jakieś 30 minut przed podaniem. Naprawdę pycha !



poniedziałek, 7 lipca 2014

Uzależniająca frittata z kozim serem




Odkryłam ten przepis kilka dni temu u Chillibite i już kilkakrotnie wykonałam. Rewela. Smakuje każdemu.
Fantastyczny na wykorzystanie resztek pałętających się po lodówce: a to kilka pomidorków, a to resztki papryk, cuknia, więdnąca już cebulka, szczypiorek szalejący na grządce,  itd. Konieczne dla podtrzymania specyficznego smaku są jedynie jajka, bazylia, no i tytułowy kozi ser czy też twaróg.
Wiem, że są tacy, którzy koziego sera nie tkną. No i nie wiem jak Was przekonać...może to smak wyuczony, wyrobiony...nie wiem. Wiele lat temu też mi nie podchodził, dzisiaj jest fantastyczną, wytrawną opcją.
I jeszcze o frittata. Niby co to takiego?  Jak zwał tak zwał, możemy mówić "omlet", chociaż tutaj niczego "na plecy" nie przewracamy a zapiekamy górę w piekarniku lub na grillu.

Niezbędna do wykonania tego dania jest solidna, żeliwna patelnia.


                                 (frittata tuż przed wstawieniem do piekarnika, góra jest jeszcze płynna)

* 1-2 szalotki lub połowa niewielkiej cebuli
* mały kawałek papryki, kolor bez znaczenia (niekoniecznie)
* kilka malutkich pomidorków przekrojonych na pół lub jeden duży, potraktowany w kostkę (niekoniecznie)
* bazylia, mała garstka listków
* ser kozi (spora garść albo więcej)
* płatki ostrego chilli , sól i pieprz  - najlepsze świeżo mielone, wszystko do smaku
* jajka - ile to już zależy od wielkości patelni i wielkości jajka, ale mniej więcej od 3 do 6 :)
* oliwa z oliwek lub masło , do smażenia.

Na niewielkiej ilości oliwy lub masła szklimy szalotki lub cebulę, dodajemy pokrojone drobno warzywa: papryki, pomidorki, cukinię. W osobnej miseczce przygotowujemy jajka z rozdrobnionym twarożkiem, przyprawami, drobno pociętą bazylią, szczypiorkiem, i czym tam jeszcze dysponujemy. Mieszamy, rozbijamy dokładnie, wlewamy na patelnię z warzywami. Przysmażamy powoli, aż spód i środek będą ścięte. Na lekko jeszcze miękki wierzch potrawy układamy niewielkie kawałki koziego sera (tak, raz jeszcze), kilka listków bazylii, kilka pomidorków. Patelnię następnie wsadzamy do rozgrzanego piekarnika (200 F lub 100 C) lub ustawiamy na rozgrzanym grillu i czekamy aż góra się zetnie. Zajmie to zaledwie kilka minut. Serwujemy gorące lub ciepłe - kozi ser traci dużo kiedy jest zimny.



Smacznego !

wtorek, 3 czerwca 2014

Powiedzcie mi proszę jak smakuje jesiotr...

Bo chyba nigdy nie jadłam, a czytam właśnie że w czasie dzisiejszej uroczystej kolacji na Zamku Królewskim w Warszawie, zorganizowanej z okazji 25 lecia wolności, jesiotra serwowano pod trzema postaciami. Musi być zatem smaczny, a może nawet wykwintny.
Oto jadłospis dzisiejszej kolacji, ściągnięty ze strony Wyborczej :

* płatki wędzonego jesiotra/ kremowy mus z jesiotra / ikra z jesiotra - wszystko podane z chrusem z razowego chleba na miodzie

* lekki mus z białych szparagów z wiórkami sera korycińsiego, płatkami bratków i tłoczonym na zimno olejem rzepakowym z góry św. Wawrzyńca

*szynka jagnięca pieczona z trawą żubrową, z czerwoną kapustą krótko duszoną z żurawinami

*mus chałwowy z domowymi sezamkami i nitkami karmelu, obsypany świeżymi truskawkami i listkami werbeny.

Podaba mi się ten jadłospis. Jest lokalny i sezonowy, brzmi lekko i patriotycznie. Mniemam, że popijano to wszystko trójniakiem ;) Szkoda tylko, że jedyne co z tej listy jestem sobie w stanie przyrządzić po zakupach w lokalnym sklepie, to czerwona kapusta z żurawinami. A naprawdę jestem ciekawa jak smakuje jesiotr !



wtorek, 13 maja 2014

Sałatka 30 sekundowa

Potrzeba matką wynalazku, to prawda. Zmęczona nieustannym myciem, ciachaniem i ogólnym dbaniem o to, żeby lodówka pełna była warzyw wszelakich do tego ciachania właśnie, wykonałam kilka dni temu typową sałatkę leniwca. Tak mi posmakowała, że już od kilku dni zajadam się nią kiedy przychodzi mi ochota na małe conieco, a ponieważ robi się ją w sekundy, nawet szybciej niż kanapkę, jem ją niemal na okrągło. Tajemnica szybkości wykonania tego dania polega na tym, że wszystkie (raptem trzy) składniki mam cały czas gotowe pod ręką :)

1. Mix organicznych, młodych, mytych już sałat.
2. Ser Feta
3. Kapary

Voila, oto i sałatka 30 sekundowa !


Do miseczki sałaty dodaję niewielką ilość pokruszonej fety, z 10 kaparów, całość skrapiam odrobiną oliwy z oliwek i gotowe ! Feta jest słona, także soli nie używam, kapary  kwaskowe, także zastępują tutaj ocet balsamiczny czy sok z cytryny, oliwa wspaniale łączy wszystkie składniki. Naprawdę pyszne!

Jeśli macie przepisy na równie proste i super szybkie do wykonania sałatki, dzielcie się proszę...

środa, 5 marca 2014

Chrust czyli faworki

Ostatki za nami, dzisiaj Popielec. Pomazana popiołami zaczynam postne gotowanie.
Wczoraj zajadaliśmy się chrustem, dzisiaj go dokańczamy. Taka nasza domowa tradycja.
Od kiedy pamiętam, chrust czyli faworki kojarzył mi się właśnie z Ostatkami. Pączki jadało się w Tłusty Czwartek. Ale kiedy sama zaczęłam gotować i piec, szybko zorientowałam się, że powszechna opinia jakoby faworki były trudne i pracochłonne nijak nie zgadzało się z moim nowo zdobywanym doświadczeniem. Ciasto zagniata się błyskawicznie, wszystko co do niego potrzebne zazwyczaj mamy w domu, smażą się szybko tylko trzeba przy nich stać, bo przypalić łatwo. Także faworki robię często, bo naprawdę zachodu niewiele.
Przepis którego trzymam się od lat pochodzi z mojej pierwszej książki kucharskiej, przywiozionej mi lata temu przez mamę. Pamiętacie ją jeszcze? W wielu polskich domach była.  Kuchnia Polska wydana przez Państwowe Wydawnictwo Ekonomiczne w 1987 roku. Moja cała poplamiona, doświadczona kuchnią na niejednej kartce.



20 dkg. mąki pszennej
3 żółtka
odrobina soli
3 do 4 łyżek gęstej, kwaśnej śmietany (sour cream)
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżka spirytusu (jeśli nie mam, nie dodaję)
tłuszcz do smażenia - od lat smażę na oleju kukurydzianym

Wszystkie składniki ciasta połączyć i zagnieść. Ciasto powinno być elastyczne, mieć konsystencję ciasta na kluski. Odkrajamy małą jego część i wałkujemy dosyć cienko. Trzeba odrobinę podsypywać mąką, ale starajcie się nie za dużo bo mąka będzie się przypalała w czasie smażenia. Kiedy placek już rozwałkowany, kroimy radełkiem długie paski, każdy pasek przekrajamy w środku wzdłuż i przewijamy. Posłużę się tutaj ilustracją z książki:



Smażymy w sporej ilości oleju, najlepiej w płaskim i szerokim garnku, z obydwu stron na jasno złoty kolor. Tutaj trzeba uważać, bo naprawdę łatwo je przypalić. Usmażony chrust odsączmy na ręczniku papierowym, kiedy wystygnie posypujemy delikatnie cukrem pudrem.



Smacznego !

wtorek, 12 lutego 2013

Ostatki

Faworki to dla mnie nic trudnego, smażę je często bo dzieciaki uwielbiają.
Tym razem zrobiłam wedle przepisu ze znanego bloga kulinarnego, no i wyszły - bo ja już wiem jak faworków nie spieprzyć, ale zdecydowanie powracam następnym razem do przepisu ze starej "Kuchni Polskiej" :)
Pączki to inna sprawa. Smaczne są, ale z wyglądu...czegoś im brakuje ;)
W przyszłym tygodniu spróbuję raz jeszcze.
Ale triumf i tak odniosłam - zarówno Młodsza jak i Starszy zdjęcia na twarzoksiązce z opisami zachwytu zamieścili. Od jutra post - czyli czas kiedy wszyscy katolicy przechodzą na dietę :)


Domowa pizza z sosem czosnkowym


Nie ma to jak domowa pizza ! Ten przepis znalazłam w czasopiśmie Bon Appetit i od tego czasu tylko tak robię ciasto. Nie wymaga praktycznie wyrabiania, wymaga natomiast długiego okresu rośnięcia/dojrzewania, dlatego ciasto to najlepiej jest zrobić wieczorem w celu upieczenia pizzy następnego dnia.  Wychodzi smaczne, cienkie, piecze się wyśmienicie! Porcja jest spora, na 6-8 średniej wielkości placków. Poporcjowane już ciasto mrożę w plastikowych torebkach. Kiedy chcemy zrobić pizzę z zamrożonego ciasta wystarczy wyjąć je z zamrażalnika na dwie godziny wcześniej - godzinę pizza rozmarza a następną godzinę "podrasta"

Ciasto

1 kg mąki pszennej (7 i pół szklanki)
4 łyżeczki soli
1/2 łyżeczki suchych drożdży
3 szklanki wody

Mąkę, sól i drożdże mieszamy w dużej misce, powoli dodajemy wodę - ciągle mieszając, aż powstanie gładkie ciasto (ja mieszam w mikserze). Przekładamy do czystej, dużej miski, przykrywamy szczelnie folią spożywczą i zostawiamy w temperaturze pokojowej na około 18 godzin . Ciasto jest "gotowe" kiedy podwoi swoją objętość  a na jego powierzchni widoczne będą małe pęcherzyki powietrzne.
Wyrośnięte ciasto wykładamy na stolnicę posypaną delikatnie mąką, lekko spłaszczamy i dzielimy na 6-8 kawałków z których formujemy niewielkie kule. Przykrywamy wilgotną ściereczką pozostawiając do podrośnięcia na około 60 minut. Po takim czasie ciasto powinno być gotowe do rozciągnięcia go w placek.
Każdy ma swoją technikę, ja zazwyczaj robię to trzymając ciasto w powietrzu, ale są tacy, którzy wolą pracować na twardej powierzchni.

Sos czosnkowy

Przyznam , że do domowej pizzy podaję jedynie sos czosnkowy. Nie wiem, czy tradycyjny pomidorowy nam się już przejadł/opatrzył, czy też może moje ulubione dodatki do pizzy bardziej podchodzą właśnie pod biały sos ;)

szklanka jogurtu (pełnotłusty, nie grecki)
łyżka majonezu
co najmniej 3 ząbki czosnku, przeciśnięte przez praskę
troszkę suszonego czosnku
troszkę soli
troszkę cukru
troszkę pieprzu
troszkę oregano

Piszę "troszkę" bo to naprawdę zależy od Waszego smaku. Ja używam więcej niż 3 ząbki czosnku, ale u nas w domu wszyscy uwielbiają czosnek :) Suszonego czosnku nie trzeba dodawać, ale według mnie nadaje on temu sosowi głębię, dlatego polecam. Sugeruję też mieszanie sosu ręcznym mikserem  - sprawi to, że będzie bardziej puszysty. Majonezu nie trzeba dodawać, ale według mnie sos bez niego jest "za cienki".
Bardzo ważne jest aby sos przed podaniem "przegryzł' się przez conajmniej godzinę w lodówce.

Ulubione dodatki

szpinak
pieczony kurczak (pierś solę, pieprzę, podlewam lekko oliwą i piekę przez 25-30 minut w piekarniku nagrzanym do 350F/175C)
marynowane karczochy, pokrojone w plasterki
boczek (uprzednio podpieczony)
skarmelizowana cebula
wszelkiego rodzaju sery
pomidory

Tak naprawdę to uwielbiam pizzę tylko z sosem i karmelizowaną cebulą. Mniam :)


BARDZO ważne jest uprzednie rozgrzanie piekarnika do najwyższej możliwej temperatury! Ja rozgrzewam swój przez godzinę! Piekę pizzę albo na specjalnej blaszce z dziurkami, albo na kamieniu do pizzy.
Jeśli na blaszcze, to nie musimy jej rozgrzewać, umieszczamy mniej więcej w środku piekarnika i pieczemy przez 8-10 minut , aż do momentu kiedy ser bąbelkuje.
Jeśli używamy specjalnego kamienia do pizzy, umieszczamy go jak najwyżej w piekarniku, zsuwamy surową pizzę na kamień i pieczemy, a właściwie wysmażamy na "broil", czyli na maksimum włączone ciepło jedynie z góry, krótko - około 5 minut - uważając aby nie spalić sera ;)



Smacznego!
Dzisiaj Ostatki, także lecę smażyć tym razem pączki i faworki :)


wtorek, 5 lutego 2013

Super soczyste kanapkowe pieczyste

Szperając w czeluściach sieci znalazłam przepis na mięso marynowane w liściach laurowych. Wychodzi niesamowicie soczyste, a pokruszone liście wprowadzają nowy, delikatny, nieznany mi dotąd w mięsie kanapkowym aromat. Przepis, oczywiście pozmieniany pod mój rodzinny smak:

półtora kilograma schabu
sól, suszony/granulowany czosnek
sok z 1/8 dużej cytryny
łyżeczka suszonego majeranku
dwie łyżeczki oliwy z oliwek
dwa duże ząbki czosnku - przez praskę
pieprz świeżo zmielony
około 1 czubatej łyżki rozdrobnionych liści laurowych
jedna łyżeczka chili

Autorka oryginalnego przepisu podkreśla, że bardzo ważnym jest, aby nacierać mięso przyprawami w podanej wyżej kolejności. Także mieszamy sól z suszonym czosnkiem w proporcji 1/1 i nacieramy , potem wcieramy sok z cytryny, następnie majeranek (taki grubszy , nie ten zmielony na pieprz), oliwa, świeży czosnek, następnie wszystko pieprzymy pieprzem prosto z młynka, nacieramy kruszynkami liści laurowych i kończymy masażem w chili.
Tak przygotowane mięso zawijamy bardzo szczelnie (u mnie to znaczy podwójnie) w folię aluminiową i wkładamy do lodówki na nie mniej niż 24 godziny.
Nagrzewamy piekarnik do 190C/350F,  umieszczamy zafoliowane mięso w naczyniu do pieczenia, które następnie wypełniamy w 1/3 wodą (u mnie woda o temperturze pokojowej) i pieczemy (bez pokrywki) przez 1 godzinę.



Oryginalny przepis znajdziecie tutaj.
W robieniu jakiejkolwiek pieczeni ważne jest, aby mięso nie było wcześniej mrożone, bo będzie wtedy o wiele bardziej suche. Co do czasu pieczenia, będzie on zależał od naszego piekarnika i od tego jak bardzo "soczyste" mięso chcemy otrzymać. Ja nawet nie próbowałam piec mięsa przez dłużej niż godzinę bo znam mój piekarnik i wiem, że jedna godzina to "świat i ludzie", ale jeśli porównacie obydwa zdjęcia to zobaczycie wyraźnie, że moje mięso jest bardziej "wilgotne".  Takie lubimy :)

I jeszcze troszkę o tych liściach laurowych. Można je zmielić w młynku do kawy, pamiętając o uprzednim pozbyciu się twardej łodyżki. Ja młynka do kawy nie posiadam, także utłukłam listki w moździerzu. Dało radę.
Gorąco namawiam na pieczenie własnych mięs, na wyraźne tak dla ziół i nie dla konerwantów i polepszaczy smakowych. Jeśli ktoś chce się pokusić o własne peklowanie (zima temu służy), to podstawowy przepis znajdziecie tutaj.
Przypominam też o akcji Zimowa Zupa! Szczegóły tutaj.

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Akcja Zimowa Zupa

Serdecznie zapraszam do akcji Zimowa Zupa!
Na dworze zimno, przyda się coś na rozgrzewkę. A po świątecznym obżarstwie warto zadbać o ponowne dopięcie suwaka w spodniach bez wciągania brzucha. Czas zatem na zupy!
Zapraszam Was do prezentowania ulubionych przepisów . Swoimi też się podzielę.
Obiecuję, że każdy przedstawiony przepis przetestuję, a zwycięzcą zostanie ten, którego zupa mojej rodzinie smakować będzie najbardziej. Akcja potrwa do końca lutego 2013.
Do dzieła! Banerek możecie kopiować i wklajać u siebie.




Jak już wspominałam wiele razy, dobra zupa ma swój początek w dobrym wywarze/bulionie.
Zima to wspaniały czas na ugotowanie większej ilości wywaru bo jego przechowywanie to teraz pestka. Można wykorzystać półkę w garażu (jak ja), wystawić wywar na ganek, balkon, co tam kto ma. Takie schłodzenie naszej bazy na zupę przyniesie dodatkowy bonus  - możliwość łatwego usunięcia nadmiaru tłuszczu jaki zbierze się na powierzchni, przez co zupa będzie jeszcze bardziej dietetyczna :)

Na początek przedstawiam Wam zupę mojego kolegi P., oryginalnie bodajże według przepisu Jamie Olivera. Niezwykle szybka w wykonaniu, idealna na ten dzień kiedy później niż zwykle wróciliśmy z pracy i właśnie zastanawiamy się nad zamówieniem pizzy :)

ZUPA ZE SZPINAKU I SOCZEWICY

7-8 szklanek wywaru
2 marchewki
2 laski selera naciowego
2 średnie cebule
2 czosnku
2 cm. kawałek świeżego imbiru
1 (lub mniej) ostra papryczka chile (użyłam habanero)
10 malutkich pomidorków
2 szklanki czerwonej soczewicy
7 małych garści szpinaku
oliwa z oliwek
jogurt
sol/pieprz

Marchewkę, seler, cebulę i czosnek kroimy na dosyć drobne kawałki. Podsmażamy w dużym garnku na niewielkiej ilości oliwy przez ok. 10 minut.
Drobno kroimy imbir, papryczkę chili (tutaj pamiętajmy o ostrości i dodajmy wedle smaku), pomidorki kroimy na pół. Dodajemy do garnka wraz z soczewicą, całość zalewając wywarem. Doprowadzamy do wrzenia i gotujemy aż soczewica stanie się miękka, czyli naprawdę krótko. W moim przypadku było ta niecałe 10 minut. Trzeba uważać aby nie przegotować, ponieważ soczewica BARDZO szybko zamieni się nam w papkę. Na ostatnie 30 sekund dodajemy uprzednio umyty szpinak, mieszamy i gotowe!
Zupę przed podaniem można zmiksować, mi jednak o wiele bardziej w tym przypadku pasuje wersja "w całości". Jeśli wyjdzie zbyt ostra, można jej smak złagodzić dodając już do miseczki jogurt naturalny.


piątek, 21 grudnia 2012

Wigilijna zupa grzybowa inaczej

Dzisiaj chciałam przypomnieć Wam zupę grzybową, którą odkryłam ponad rok temu i która zagościła wtedy na naszym wigilijnym stole.
Jesteśmy rodziną,  u której na Wigilii zawsze musi być grzybowa zupa. Z konieczności, ponieważ grzybów leśnych tutaj nie mamy, przez lata K gotował pieczarkową (tak, to jego wigilijna specjalność, podobnie jak smażenie ryb), ale kiedy pierwszy raz spróbowaliśmy węgierskiej zupy grzybowej narodziła się nowa, wigilijna tradycja.  Zapraszam do wybróbowania!

Wigilijna zupa grzybowa inaczej



wtorek, 11 grudnia 2012

Marokański czar

Też tak macie, że wchodzicie na jakiś ulubiony blog, potem czytacie komentarze i wędrujecie w ten sposób po blogosferze , czasami trafiając na coś co wyraźnie przypada Wam do gustu? Jeśli nie, to zazdroszczę, bo ja właśnie w taki sposób przepadam w internecie...
Ale do rzeczy. Przechadzając się w czeluściach blogosfery trafiłam na blog Hani Kasi i od razu wiedziałam, że muszę spróbować marokańskiej zupy, którą u siebie przedstawiła. Od czasu pierwszego spotkania wykonałam zupę już trzy razy, także czas najwyższy na przedstawienie jej także u mnie (a lodówka, co to ją miałam właśnie sprzątać, niech czeka).

To zupa treściwa, podawana ponoć często po zachodzie słońca w okresie ramadanu. Mnie zaintrygowała ta laska cynamonu, bo z tym to jeszcze zupy nie gotowałam.
Zupa nazywa się Harira. Jest naprawdę inna, słodko kwaśna, ale nie w jakiś obezwładniający sposób. Polecam.

1/2 szklanki ciecierzycy moczonej przez noc
1/2 kg wołowiny
oliwa z oliwek
1 duża cebula potraktowana w kostkę
3 duże ząbki czosnku drobno pokrojone lub potraktowane praską
3 łodygi selera naciowego pokrojonego w plasterki
mała puszka pomidorów w zalewie (u mnie - słoiczek własnych )
jedna marchew pokrojona jak kto lubi
laska cynamonu :)
2 liście laurowe
2 łyżeczki kminu rzymskiego  - kumin
1 łyżeczka imbiru - ginger  (użyłam mielonego, ale można też i ze świeżym)
1/2 łyżeczki kurkumy  - turmeric
1 łyżeczka papryki słodkiej
1/4 łyżeczki papryki ostrej (u mnie smoked pimento)
1/2 łyżeczki świeżo startej gałki muszkatułowej - nutmeg
sól i pieprz wedle uznania
3 łyżki czerwonej soczewicy
2 litry wody lub delikatnego bulionu
sok z limonek i natka pietruszki/kolendry do podania


Ciecierzycę po całonocnym moczeniu płuczemy, zalewamy wodą i gotujemy przez ok. 45 minut.
W dużym, u mnie żeliwnym, garnku rozgrzewamy oliwę i obsmażamy na niej mięso - ja czynię to w dwóch rzutach. Do mięsa dodajemy cebulę i czosnek i smażymy przez chwilę aby mięso złapało zapach. Dodajemy seler i znowu podsmażamy, mieszając. Kiedy z garnka wydobywa się już fajny zapach (po kilku minutach) dodajemy przyprawy, pomidory, ciecierzycę - wszystko dokładnie mieszamy i zalewamy wodą lub bulionem. Gotujemy do miękkości, u mnie około godziny. Pół godziny przed końcem gotowania wrzucamy do zupy soczewicę a 20 minut przed końcem pokrojoną marchew (coby się nam nie rozpadła).
Doprawić solą, pieprzem i delikatnie sokiem z limonki do smaku. Podawać samą lub z oddzielnie ugotowanym makaronem, już na talerzu posypując zieleniną.




Naprawdę inna, ale bez obezwładniającego swoją innością smaku.

Ponieważ zimno, zupy gotuję niemal codziennie. Przypominam Wam zatem o jednej z bardziej popularnych w moim domu zup, o której pisałam tutaj. Zuppa Toscana. Nie jest już tak dietetyczna jak Harira, ale naprawdę pyszna. To zdjęcie z przedwczoraj:



piątek, 8 czerwca 2012

Zdrowe chipsy z jarmużu

Piłkarskie emocje rozpoczęte!
Proponuję Wam zdrowe chipsy na te wieczory wypełnione piwem i nerwami :D

1 pęczek jarmużu (około 7-8 liści)
2 łyżki oliwy z oliwek
sól gruboziarnista

Jarmuż szarpiemy na kawałki wielkości starej pięciozłotówki (tej z rybakiem bodajże), usuwamy łodygę.
Mieszamy poszarpane kawałki z oliwą, posypujemy solą , rozrzucamy na 2 dużych blachach do pieczenia i wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 200 C (400 F) na 15 minut.

Smacznego!

czwartek, 8 marca 2012

Temat obiecany czyli domowy wyrób sera

Już jakiś czas temu obiecałam dziewczynie prowadzącej fantastyczny blog Lepszy Smak, że opowiem o tym jak robię biały ser.
W moim rodzinnym domu ser "nastawiony" był zawsze. Mama kwasiła mleko w brązowym, kamionkowym garze, który latem służył jej do kwaszenia ogórków (małosolnych, bo inne nie miały szansy zaistnienia). Garnek miał lekko utrącony brzeg.
Nie jestem stara ale dobrze pamiętam czasy, kiedy po mleko chodziło się z bańką. Była bańka na mleko i bańka na śmietanę. Ta druga była mniejsza. Pan sklepowy odmierzał mi mleko do tych baniek taką specjalną, wydłużoną chochlą. Może wchodziło w nią pół litra? Nie wiem, ponieważ cała moja uwaga poświecona była w tych czasach  przekraczaniu ulicy. Ruchliwej. Dom cioci był tuż koło sklepu i przyglądał się temu mojemu przechodzeniu przez jezdnię. Strasznie to przeżywałam.
Ale wracajmy do mleka. Do sklepu przywożono je w takich dużych konwiach.  Mama wysyłała mnie zazwyczaj po  "bańkę mleka i pół bańki śmietany". To mleko było zawsze do "nastawienia na zsiadłe". W tym garnku co powyżej. Po kilu dniach "leżakowania" mama stawiała garnek z mlekiem na kuchnię (początkowo węglową a potem gazową) i powoli podgrzewała. Lubiłam obserwować ten proces - z białej mazi powolutku powstawały takie duże, tłuste kształty. Niczym Barbapapy...
A potem to już był twarożek ze szypiorkiem... Z upływem lat pojawiło się mleko w butelkach, bańki poszły w zapomnienie - u mnie w domu używało się ich jeszcze w celu przywiezienia lodów z cukierni. - ale mleko ciągle nie było pasteryzowane i mama nadal prowadziła produkcję sera. Aż wymyślili mleko UHT - o zgrozo, nie mogę zrozumieć czemu ludzie to kupują...

No i chyba jestem skazana na robienie tego sera. Jakaś cholera wada genetyczna.
Mieszkam teraz w świecie, gdzie ser biały twarogowy nie występuje i w czasach, kiedy mleko niepasteryzowane trzeba zdobywać niemalże po znajomości.
Mleko kupione w sklepie niestety od lat poddawane jest procesowi pasteryzacji.
Takie mleko nie kwasi się a gorzknieje. Kiedy nie miałam jeszcze dostępu do mleka nie pasteryzowanego znalazłam sposób - na 1 galon czyli około 4 litry mleka dodawałam jeden litr maślanki, mieszałam wszystko dokładnie i odstawiałam . Po około 3 dniach mleko było zsiadłe.
Teraz już wiem gdzie kupować mleko prosto od krowy. W Stanach takie mleko nazywa się raw milk.
Tutaj strona, która może być pomocna w znalezieniu tego jakże niezbędnego przy wyrobie sera produktu.
W moich okolicach (okolica to promień stu kilometrów) jest tych farm kilka. Najbliższa jakieś 15 kilometrów od domu, taka co to krowy latem na polu a zimą siankiem karmione jakieś 100 (a jakie mleko od takiej krowy jest wyborne, jaka różnica w smaku!).
Zazwyczaj nastawiam na zsiadłe wspomniany wyżej galon, czyli 4 litry. Koniecznie w szklanym lub kamionkowym naczyniu. Przykryć luźno ściereczką i czekać - zazwyczaj po trzech dniach mamy mleko zsiadłe, które jeśli akurat mamy lato można wykorzystać natychmiast to świerzych ziemniaczków z koperkiem (mniam). Jeśli chcemy z tego mleka zrobić ser przelewamy wszystko do gara i BARDZO POWOLI podgrzewamy. Podkreślam to bardzo powoli. Zawsze na najmniejszym ogniu, ten proces potrafi zająć nawet godzinę. Nigdy nie bawiłam się w mierzenie temperatury, robię na tzw. oko. Podgrzewam i obserwuję. Kiedy mleko zaczyna zbijać się w takie duże, miękkie grudy a obok wytrąca sie maślanka - gotowe! Taki roztwór nie może się nigdy zagotować a palec wsadzony do gara nie powinien się spażyć.
Sitko o drobnych oczkach wykładamy dokładnie gazą lub specjalną ściereczką do wyrobu sera (cheese cloth) i powoli przelewamy przez nie zawartość naszego garnka. Powoli, tej mazi zajmuje trochę czasu aby przez sitko się przedostać. Czasami mieszam to co w sitku łyżką, aby się szybciej odsączało. Kiedy już cała zawartość garnka jest przelana odstawiamy sitko na bok, cały czas nad garnkiem, aby dokładnie odsączyć resztki cieczy. Zajmuje to nawet do kilku godzin. Czasami odsączam w temperaturze pokojowej (zimą), czasami chowam sitko do lodówki (latem). Czasami obciążam zawartośc sitka (talerzyk a na nim kamyk lub szklanka wody), czasami nie. Kiedy cała ciecz ucieknie a w sitku zostanie tylko ser (tak, mamy już ser!), sprawnym ruchem przekręcamy sitko do góry dnem i ser spada na talerzyk. Czasami gaza przyklejona jest do sera, także delikatnie ja usuwam. I już!
Z tym trzeba się troszkę pobawić, aby nabrać wprawy, aby wiedzieć kiedy ser jest już dobry a kiedy jest w nim jeszcze zbyt dużo wody.
Średnio z tych czterech litrów mleka wychodzi mi 750 gram sera. Ser ma różną konsystencję, czasami jest bardziej kruchy, czasami można ukroić ładne plastry. Ja zazwyczaj przepuszczam go przez maszynkę i robię leniwe, które moje dzieci uwielbiają.
To naprawdę nic trudnego, trzeba tylko troszkę poćwiczyć...

The Night Bookmobile 2

Night Bookmobile 07.06.2008

piątek, 25 listopada 2011

Męskie zakupy czyli kwaśna zupa ze szpinakiem

Pracuję ostatnio dużo, za dużo jak na nasze domowe przyzwyczajenia.
W zwiazku z moją nieobecnością w domu i w kuchni, i z braku jak by się wydawało pólproduktów do gotowania, K. ruszył dzisiaj na zakupy. Po powrocie do domu w kuchni znalazłam (oczekujące abym odstawiła je na miejsce) : dwa ogórki (w lodówce są jeszcze trzy), sałatę (w lodówce jest kapusta pekińska i czerwona), avocado sztuka jedna (sztuka druga w lodówce), kiść bananów (poprzednia dojrzewa na parapecie jadalni), puszkę zielonego groszku (zgrzewka w spiżarni), puszkę groszku garbanzo (zgrzewka w spiżarni). Oraz pomidory i rzodkiewkę, których szczęśliwie nie mieliśmy!
Niektórym wydaje się, że brak pokarmu równoznaczny jest z brakiem surowca . Kocham K. i pękam ze śmiechu
Odstawiłam wszystko na miejsce, warzywa spakowałam do lodówki, otworzyłam spiżarkę, wydobyłam z niej czerwoną soczewicę  i przystąpiłam do przyrządzania obiadu. Wyszła calkiem smaczna zupa o nowym, nieznanym nam jeszcze smaku...


cilantro, czyli kmin rzymski


czerwona soczewica

Kwaśna zupa  ze szpinakiem


* 2 szklanki czerwonej soczewicy, dobrze wypłukanej
* 1 łyżka kurkumy
* 4 łyżki masła
* 7-8 szklanek wywaru (mięsny lub warzywny - co kto lubi)
* 4 łyżki masła
* jedna duża cebula - potraktowana w kostkę
* 2 łyżki stołowe cumin, czyli kminu rzymskiego
* 1 1/2 łyżki zmielonej gorczycy
* 1 szklanka natki kolendry (cilantro)
* sok z 3 cytryn
* duży pęczek szpinaku - podziabany na drobno
* ryż
* jogurt

Wypłukaną soczewicę mieszamy z kurkumą i 1 łyżką masła,  dodajemy wywar i gotujemy do miękkości - około 20 minut.
Kiedy soczewica jest miękka traktujemy zawartość garnka ręcznym blenderem (jest na to polskie słowo?) i trzymamy na małym ogniu. Dodajemy powoli sok z cytryny - do smaku. Zupa powinna być lekko kwaśna, jak czerwony barszcz.
W tak zwanym międzyczasie rozgrzewamy na patelni 2 łyżki masła dodając cebulę, kmin rzymski i gorczycę. Smażymy do miękkości. Kiedy cebula jest już zeszklona dodajemy natkę kolendry i zdejmujemy patelnię z ognia. Wrzucamy cebulowo/kolendrową mieszankę do wywaru z soczewicą, dosalamy do smaku.
Na patelni stapiamy ostatnią łyżkę masła, dodajemy pokrojony szpinak i szczyptę soli, do smaku. Podsmażamy przez kilkanaście sekund aż szpinak zmniejszy się co najmniej o połowę . Wrzucamy szpinak do garnka z zupą.
Podajemy z ryżem, najlepiej brązowym, i łyżką jogurtu.
Wygląda ślicznie i smakuje jeszcze lepiej!

P.S. Szpinak można zastąpić innym zielonym warzywem, np. jarmużem.
Zupa szybka w wykonaniu, szczególnie kiedy mamy w lodówce pozostałości ryżu .

piątek, 4 listopada 2011

Węgierska zupa grzybowa czyli nowe danie wigilijne


Dlaczego węgierska?  Bo dodajemy sporą ilość węgierskiej papryki, która nadaje potrawie charakterystyczny, lekko gryzący w gardło, przydymiony smak.

W garze, najlepiej żeliwnym, podgrzewamy 1 łyżkę oliwy z oliwek. Na podgrzany olej wrzucamy około 80 dkg (może być więcej) umytych i pokrojonych w cienkie plastry grzybów (jakich fantazja nam nadarzy) i jedną, drobno pokrojoną cebulę. Smażymy/dusimy aż prawie cały płyn z grzybów wyparuje i grzyby są miękkie. Dodajemy trzy łyżki mąki, dwie łyżki papryki węgierskiej oraz dwie łyżki drobno posiekanego kopru mieszając intensywnie coby nie powstała klucha. . Dodajemy cztery szklanki wywaru, dwie szklanki mleka i około 80 dkg. pokrojonych (w średnią kostkę) ziemniaków.  Gotujemy na wolnym ogniu aż ziemniaki będą miękkie. . Przed podaniem można dorzucić troszkę śmietany oraz posolić wedle uznania.

W moim domu każdy za tą zupą przepada. Koleżanka robi wariację z kluskami zamiast ziemniaków. Bardzo szybka do wykonania.
Przymierzam się do wykonania jej na tegoroczną Wigilię. 

sobota, 15 października 2011

Zuppa Toscana czyli restauracja w domu

Siedzę w cichym domu popijając poranną kawę. Od kawy odzwyczaiłam się jakieś dwa miesiące temu i teraz taka pita okazyjnie niezwykle smakuje. Powiększone z podniecenia dziurki w nosie wciagają boski aromat. Wspaniale jest sobie dozować przyjemności...


Zastanawiam się co dzisiaj na obiad. Myślę coraz częściej o zupach, pewnie za sprawą jesieni.
Nuczyłam się kiedyś gotować przepyszną, ostrą zupę podawaną tutaj we włoskiej restauracji.
Zuppa Toscana. Ugotujcie ze mną.




Zaczynamy od dobrego wywaru.
Uwielbiam taki na indyku - wychodzi bardzo delikatny.
Potrzebujesz również surową, wieprzową, ostrą kiełbaskę. Tutaj coś takiego nazywa sie "hot italian sausage".
W ostateczności można użyć doprawionego ziołami mielonego wieprzowego.

Jeśli używasz ostrej kiełbaski, ugotuj ją na wodzie, pokrój w plasterki i odstaw.
Na podane proporcje użyłam 4 małe kiełbaski.
Jeśli nie masz kielbasek, w duzym rondlu usmaż około 1/2 kg. zmielonej wieprzowiny, doprawiając ją bazylią, oregano i płatkami ostrej papryki (papryka do smaku, to ona uczyni zupę ostrą) oraz solą i pieprzem.
Jeśli używasz mielonego, po odsmażeniu usuń go z garnka i zaczynaj od resztek wysmażonego tłuszczu. Jesli używasz kiełbasek, zacznij od dodania do garnka dwóch łyżek oliwy z oliwek.
Nastepnie jedna duża biala cebula, posiekana,
4 łyżki drobno pokrojonego boczku,
Bardzo drobno posiekany czosnek, wedle uznania, ja używam około jednej łyżki.
Duś wszystko aż cebula zmięknie, około 15 minut.
Dodaj 10 szklanek wywaru, zagotuj.
Dodaj około 1/2 kg.ziemniaków (ja używam czerwonych w mundurkach) pokrojonych w plastry. Gotuj do miękkości.
Gdy ziemniaki sa już miękkie dodaj jedną szklankę śmietany.
Rozgrzej do punktu wrzenia.
Wrzuć do zupy mięso (kiełbaskę lub mielone) oraz 2 pokrojone liście jarmużu. Wszystko dobrze rozgrzej. Podawaj zupę samą lub z chlebem czosnkowym.



Och, dostaje z radości gęsiej skórki na samą myśl o tej zupie ! Zdjęcie wkrótce.

niedziela, 9 października 2011

Sobotni bulion czyli staram się

W sobotę lub niedzielę gotuję bulion - zazwyczaj kurzy, czasami warzywny.
Tutaj odpowiedź, częściowa przynajmniej, dlaczego warto:    http://supermarket.blox.pl/2011/10/Przeswietlamy-produkty-Dzis-kostki-rosolowe.html                                                                                                           

niedziela, 25 września 2011

Farmers Market


Sobotnie póżno letnie i jesienne poranki upływają nam pod znakiem bazarków. Uwielbiam....
Na bazarki okoliczna ludność, co to w ziemi lubi się grzebać, przytaszcza swoje tygodniowe plony. Jest w czym wybierać. Wszystko super swieże, zdrowe, bez chemii, wychodowane w przydomowych ogrodach i niewielkich gospodarstwach. Wczoraj nasze kosze pełne były bakłażanów, cukini, małych ogórków do szybkiego zakiszenia, jabłek, gruszek, słodkiej papryki, ostrych papryczek, pomidorów, buraków, winogron. Nad wszystkim królował pęczek jarmużu, zbierany poprzedniego wieczora przy swietle latarki, jak ze śmiechem wyjawiła mi właścicielka straganu. 
Od wczoraj wieczorem gotuje, aby wszystkie te bogactwa ziemi przerobic jak najszybciej. Buraczki juz starte i podsmażone, sicilian caponata juz prawie zjedzona, papryki nadziewane siedzą w piekarniku, na kuchni zupa toskańska czeka już tylko na zielone kleksy jarmużu, jabłka smażą sie w wielkim, żeliwnym garnku wydzielajac czarodziejskie wonie cynamonu - bedzie szarlotka!

SICILIAN CAPONATA

To rodzaj mieszanki warzywnej, podawanej zarówno na ciepło jak i na zimno. Jej podstawą jest bakłażan.
Po raz pierwszy zrobiłam ją jako dodatek do pieczonego łososia. Wspaniała również podawana jako zakąska na małych kawałeczkach bułki. Zdecydowanie bardziej smakuje mi na ciepło.

6 łyżek oliwy z oliwek
około 1/2 kg. baklażana, obranego i pokrojonego w grubą kostkę
1duża biała cebula, również potraktowana w grubą kostkę
2 ząbki czosnku
3 łodygi selera naciowego pokrojone w grube plastry 
2 małe pomidory, też w kostkę
1 łyżka cukru
1 łyżka octu winnego
1 łyżeczka soli (gruboziarnistej)
pieprz
15 małych oliwek pokrojonych na ćwiartki
1 łyżka kaparów
2 łyżki drobno pokrojonej świeżej bazylii
mozna dodać troszkę orzeszków piniowych (ja nie dodałam bo nie miałam)

Zanim przystąpimy do gotowania, pokrojonego w kostkę bakłazana mieszamy z jedna łyżka gruboziarnistej soli i wrzucamy na sitko, przykrywamy talerzykiem, obciążamy puszką (lub kubkiem z wodą) i czekamy około 30-60 minut. Ta operacja pozwoli nam pozbyć sie bakłażanowej goryczy.
Nastepnie podgrzewamy w żeliwnym garze 4 łyżki oliwy i podsmażamy na nim bakłażana aż do lekkigo zabrązowienia, około 5-10 minut. Wyjmujemy na talerzyk. Podgrzewamy pozostale 2 łyżki oliwy, dodajemy cebulę i smażymy mieszając aż szklista i złotawa, 6-8 minut. Dodajemy zmiażdżony czosnek, podsmażamy aż nozdrza nasze złapią jego boski zapach, około 30 sekund. Dodajemy seler i gotujemy, mieszając niezbyt często aż zmięknie, około 5-7 minut. Dodajemy pomidory, podsmażamy mieszając, około 2 minut. Dodajemy podsmażony bakłażan, mieszamy dokladnie , dodajemy cukier,znowu dokładnie mieszamy cały czas utrzymujac w garnku proces gotowania Po około 30 sekundach dodajemy ocet winny, sól i pieprz - wszystko do smaku. Mieszamy dokładnie i zestawiamy garnek z ognia. Dodajemy drobno pokrojoną bazylie, najlepiej świeżo zerwaną tuż przed podaniem.
Naprawde pycha, wczoraj zjedliśmy nieprzyzwoita wrecz ilość tego przysmaku ze swieżutką bułką. Jeżeli potraficie pokonać łakomstwo - caponata jest jeszcze lepsza dnia następnego, po przenocowaniu sie w lodówce. Smaczki się pożenią i jest prawdziwy przysłowiowy miód w gębie. Naprawdę nie przesadzam...




środa, 8 czerwca 2011

Co zrobić z makaronem kiedy Młodszej nie ma w domu?

No właśnie? Co zrobić? Bo Młodsza jest tak naprawdę jedyną osobą w domu, która  szczerze lubi kluchy. Chyba z wzajemnością nawet, bo jakoś po nich nie tyje ;) .  Przysmażone na patelni z masłem tudzież z jajkiem są jej ulubionym daniem.  Ale Młodsza teraz w kraju dalekim ośmiornice zajada, a ja po poniedziałkowym obiedzie kobiety pracującej (makaron z sosem mięsno-pomidorowym, ale mięso porządne było, bo od krowy co to sie trawą żywiła) zostałam z potężną ilością niedojedzonych klusek.

Przepis na makaron, którego nie ma kto zjeść:


- niedojedzony makaron
-10 dorodnych pieczarek
- trzy cebule średniej wielkości
- trzy kiełbaski "bratwurst" uprzednio upieczone (jesli ktoś ma dostęp do polskiej kiełbasy - zastosować
   polską
- garść tartego sera
- natka kolendry (cilantro) lub zwykła zielona pietruszka
- sól i pieprz, ten ostatni koniecznie świeżo zmielony.
- oliwa z oliwek

Cebule kroimy na talary, szklimy na oliwie. Pieczarki kroimy w plastry, odparowujemy z nich wode, dodajemy do cebuli. Kiełbaski kroimy w talarki, dodajemy do cebuli i pieczarek. Kiedy wszystko ładnie się zgra dodajemy makaron i rozgrzewamy go mieszając z zawartością  patelni. Dodajemy ser, sól i pieprz do smaku. Przed podaniem posypujemy zieleniną.




Kolega P podaje bardziej wykwintną formę tego dania, robiąc wszystko dużo dłużej i w piekarniku.

sobota, 28 maja 2011

Szarłat

Wiele osob pyta sie mnie o szarlat, z ktorego robie salatki. Ponizej to co udalo mi sie na temat szarlatu znalezc:

Amarantus nazywa się ostatnio zbożem 21 wieku, pomimo że jest to jedna z najstarszych roślin uprawnych świata. Wzrost jego popularności spowodowany jest nadzieją, że przyczyni się on do zmniejszenia problemu głodu na świecie.

Szarłat (bo taka jest polska nazwa tej rośliny) jest łatwy w uprawie i dość odporny na suszę. Jego ziarno może być mielone lub prażone – ma ciekawy słodkawy, orzechowy smak. Karmiono nim biegaczy i wojowników, ponieważ miał opinię pożywienia dającego mnóstwo energii i podnoszącego wydolność fizyczną.

Współczesne badania laboratoryjne potwierdzają mądrość starożytnych Azteków. Okazuje się, że szarłat zawiera bardzo drobną frakcję skrobi, dzięki czemu jest ona łatwostrawna i szybko dostarcza organizmowi energii. Ponadto zawartość składników mineralnych takich jak magnez, wapń, fosfor i potas jest w amarantusie znacznie wyższa niż np. w pszenicy. Do niewątpliwych zalet produktów z ziarna szarłatu można również zaliczyć wysoką zawartość błonnika i łatwo przyswajalnego białka. Jest to białko o niezwykle wysokim stopniu przyswajalności, którego ilość podczas odpowiednich procesów technologicznych nie obniża się. Jego wartość wynosi 75% - dla porównania wartość białka zawartego w mięsie 70%, w mleku 72%.. Pod względem ilości żelaza amarantus przewyższa wszystkie rośliny (15 mg w 100 g nasion - dla porównania w mięsie wołowym i cielęcym ok. 2,5 mg w 100g). Zboże to może być podawane chorym na celiakię, gdyż nie zawiera glutenu. Jak widać mortadela totalnie nie wytrzymuje porównania z amarantusem.
Swoje odrodzenie amarantus przeżył w latach 70-tych, kiedy wreszcie doceniono jego doskonałe właściwości uprawowe i odżywcze. Starożytne ludy Ameryki Południowej znały amarantus od dawien dawna. Aztekowie używali potraw przyrządzonych z amarantusa w wielu swoich obrzędach. Z tego powodu, katoliccy księża zakazali uprawiania tej pożytecznej rośliny. Obecnie, na podstawie kilku przeprowadzonych badań ustalono, nasiona lub olej z amarantusa mogą być wskazane dla osób cierpiących na nadciśnienie i chorobę wieńcową. Zarówno teraz, jak i wieki temu, bardzo popularnym sposobem spożywania amarantusa jest jego prażenie (podobnie do popcornu). Wyprażone ziarna amarantusa polewane są następnie miodem lub melasą.


A jak robię sałatki z szarłatu? Otóz gotuje szarłat tak jak ryż - każdy ma swój sposób na ryż :)
Chłodzę w lodówce - zazwyczaj gotuję poprzedniego dnia bo nie lubię jego zapachu ;)
Na jedną szklankę nie ugotowanego ziarna daję jedną puszke ciemnej fasolki lub groszku garbanzo, kroję drobno zielony ogórek, pomidory, cebulkę (zwykłą lub dymkę), czasami dodaję drobno pokrojony ogórek kiszony, drobno podziabana sałata (zwykła lub pekińska) nadaje objętości ale nie straszy kaloriami. Doprawiam do smaku - oliwa z oliwek, ocet balsamiczny lub jabłkowy, sól, pieprz.
Spróbujcie - zróbcie swoje wlasne sałatki na bazie szarłatu.