Chyba nareszcie ogarnęłam ostatnie zmiany w moim życiu...
Siedzę sobie przy porannej kawie patrząc na rosnący stos ostatnio przeczytanych książek. Czytam w każdej wolnej chwili, chociaż nie koniecznie to , co akurat powinnam ;) ale tak to my chyba wszyscy mamy.
Rozkumałam wreszcie jako tako czytnik. Przyznać muszę, że czyta mi się z niego o wiele lepiej niż przypuszczałam, a wygoda zabrania do samolotu małego czytnika versus kilku grubych książek jest bezcenna. Moim najnowszym nabytkiem na czytnik jest Tygodnik Powszechny. Gazeta, którą lata temu prenumerowałam w Kanadzie za grube pieniądze, potem mieliśmy wieloletnią przerwę, lecz kiedy przeczytałam że Jerzy Pilch wraca do TP, długo zastanawiać się nie trzeba było :)
Teraz mam cotygodniową ucztę za jedyne $3 na miesiąc (to dla mnie koszt trzech kaw).
Tytułowe " Moje noce z mężczyznami" to książka Krystyny Mazurówny. Przeczytałam ją ze względu na pewien projekt (o tym wkrótce) a wspominam o niej tutaj bo zaskoczyła mnie. Nie wiedziałam kim jest Mazurówna, ale przy natłoku opowieści fikcyjnych jakie ostatnio przerobiłam chciałam , potrzebowałam trochę wytchnienia, ucieczki w realności, dlatego sięgnęłam po opowiadanie biograficzne. Sądząc po tytule, oczekiwałam .....opisów gorących nocy spędzonych w ramionach mniej lub bardziej znanych facetów, tymczasem Mazurówna bardzo chytrze myli nas tytułem swojej książki.
Jest to pozycja lekka i super łatwa, dobra na lekturę w podróży czy weekend na łonie natury. Cofamy się w czasie aż do przaśnych lat PRL-u, wyjeżdżamy z autorką pierwszy raz za granicę, towarzyszymy jej w trudnych, pierwszych latach spędzonych we Francji. A wszystko przez pryzmat opisu nocy, które z różnych, często super prozaicznych, często naprawdę niezamierzonych powodów spędziła z przedstawicielami płci przeciwnej. Mamy tutaj nocny pobyt w szpitalu, mamy spacer po nocnych Łazienkach, mamy całonocne szukanie noclegu z małym dzieckiem na tylnym siedzieniu samochodu. Wszystko to wehikuł do przedstawienia nam historii z jej życia, od tej trochę innej strony.
Uczta czytelnicza to nie była, ale myślę że warte przeczytania, gdyby wpadła Wam w rękę ...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą książki. Pokaż wszystkie posty
piątek, 30 sierpnia 2013
sobota, 6 lipca 2013
Wilczyce - Aneta Borowiec
Czytam ostatnio bardzo dużo książek polskich autorek. Muszę wreszcie zacząć coś o nich pisać, bo powoli zaczyna mi się to wszystko zlewać w jedną wielką górę miłości, histori rodzinnych, nieprawdopodobnych przypadków, potajemnych zabójstw itd.
Dzisiaj skończyłam "Wilczyce" Anety Borowiec. Czytałam na czytniku, do którego dopiero się przyzwyczajam. Lubię, ale chyba papier jednak bardziej. Nieważne - stwierdziłam, że wspomnę bo może ma to jakieś znaczenie.
Zajęło mi trochę czasu zanim zorientowałam się, że tytułowe wilczyce to nie tylko kobiety przedstawione w pierwszych rozdziałach, ale że Wilczyce to również nazwa miejscowości, gdzie dzieje się większość akcji. No cóż, już w podstawówce wołali na mnie ślepa ;), ale fajna gra słów, zmyliła mnie...
Czyta sie lekko tą sprawnie napisaną książkę. Początek myli, bo tak naprawdę o czym ona jest dowiadujemy się mniej więcej w połowie. Sprawny opis domu dziadków przeniósł mnie na dalekie Mazowsze, pod chatę mojej babci, do jej ogrodu, jej warzywniaka. Za to dziękuję autorce.
Zgodnie ze swoim zwyczajem nie będe przedstawiała Wam tutaj dokładnej fabuły. W skrócie zatem: Natalka ma spięcie z facetem, którego kocha; wyjeżdża na wieś do domu dziadków , który zna bardzo dobrze, a przynajmniej tak jej się wydaje. Ale okazuje się, że właśnie w czasie tego pobytu pozna tajemnice swojej znienawidzonej, zimnej matki. To tyle w sprawie opisu.
Czyta się lekko i szybko. Dobra na letnie popołudnia. ale uważajcie, bo może wywlec z Was te długo zapomniane, głęboko schowane tajemnice rodzinne. Każda rodzina ma jakieś. Moja też, i w podobnych okolicznościach je odkryłam.
Polecam. Zdecydowanie na lekturę w te dni kiedy człowiek chce odpocząć od wszystkiego, jest wkurzony na świat, kiedy musicie zyskać perspektywę.
No i co, już zaczynacie zaglądać na strychy domostw rodziców ? ;) Ja sekret rodzinny znalazłam w srebrnej papierośnicy schowanej w serwentce salonu...ale o tym to będzie innym razem...
Dzisiaj skończyłam "Wilczyce" Anety Borowiec. Czytałam na czytniku, do którego dopiero się przyzwyczajam. Lubię, ale chyba papier jednak bardziej. Nieważne - stwierdziłam, że wspomnę bo może ma to jakieś znaczenie.
Zajęło mi trochę czasu zanim zorientowałam się, że tytułowe wilczyce to nie tylko kobiety przedstawione w pierwszych rozdziałach, ale że Wilczyce to również nazwa miejscowości, gdzie dzieje się większość akcji. No cóż, już w podstawówce wołali na mnie ślepa ;), ale fajna gra słów, zmyliła mnie...
Czyta sie lekko tą sprawnie napisaną książkę. Początek myli, bo tak naprawdę o czym ona jest dowiadujemy się mniej więcej w połowie. Sprawny opis domu dziadków przeniósł mnie na dalekie Mazowsze, pod chatę mojej babci, do jej ogrodu, jej warzywniaka. Za to dziękuję autorce.
Zgodnie ze swoim zwyczajem nie będe przedstawiała Wam tutaj dokładnej fabuły. W skrócie zatem: Natalka ma spięcie z facetem, którego kocha; wyjeżdża na wieś do domu dziadków , który zna bardzo dobrze, a przynajmniej tak jej się wydaje. Ale okazuje się, że właśnie w czasie tego pobytu pozna tajemnice swojej znienawidzonej, zimnej matki. To tyle w sprawie opisu.
Czyta się lekko i szybko. Dobra na letnie popołudnia. ale uważajcie, bo może wywlec z Was te długo zapomniane, głęboko schowane tajemnice rodzinne. Każda rodzina ma jakieś. Moja też, i w podobnych okolicznościach je odkryłam.
Polecam. Zdecydowanie na lekturę w te dni kiedy człowiek chce odpocząć od wszystkiego, jest wkurzony na świat, kiedy musicie zyskać perspektywę.
No i co, już zaczynacie zaglądać na strychy domostw rodziców ? ;) Ja sekret rodzinny znalazłam w srebrnej papierośnicy schowanej w serwentce salonu...ale o tym to będzie innym razem...
poniedziałek, 5 marca 2012
Nie traćcie czasu na Cukiernię pod Amorem
Skończyłam trzeci (ostatni) tom Cukierni pod Amorem.
O pierwszych dwóch pisałam tutaj.
Zawiodłam się. Rzuciłabym pewnie tę książkę w kąt gdyby nie głupia przywara, że co zaczynasz to kończ.
Wspominałam o tym, że w pisarstwie Gutowskiej-Adamczyk drażni mnie zasypanie szczegółami i trzecioplanowymi postaciami, które nic tak naprawdę do akcji nie wnoszą. Ciagle towarzyszące mi wrażenie, że to chyba nie powieść a rozbudowany szkic do scenariusza. Przez pierwsze dwa tomy starałam się zapamiętywać kto z kim, gdzie i dlaczego, chociaż to dlaczego to już słabo było wyjaśnione. Myślałam, że wszystkie postacie będą tam jakoś ważne, że to się wszystko da pozbierać do kupy w przyszłości, w ostatnim tomie. No i starałam się zapamiętać szczegóły o osobach spacerujących w tle, kiedy główne postacie rozprawiały akurat coś na pierwszym planie. Okazuje się, że całkiem niepotrzebnie. Strata czasu drodzy państwo. Myślałam, że skoro w pierwszym tomie jest trup/mumia jakiejś dziewczyny/kobiety i jest tajemniczy klejnot rodowy to w ostatniej części dowiem się kto, jak i dlaczego. Niestety, autorce albo zabrakło pomysłu albo sama pogubiła się w wymyślonych przez siebie szczegółach.
Ja głupio jakoś wierzę, że zawsze będzie jak u Czechowa, że jeśli ktoś w pierwszym akcie wbija w ścianę gwóżdź to w ostanim coś/ktoś na tym gwoździu zawiśnie.
To była moja ostatnia książka tej autorki. Młodzieżowe są ponoć lepsze, ale życie jest za krótkie abym to sprawdzała...
Subskrybuj:
Posty (Atom)
