Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Musierowicz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Musierowicz. Pokaż wszystkie posty

środa, 23 stycznia 2013

No, Elka !

Wpisana jest w mój zimowy/około bożonarodzeniowy kalendarz już od lat. Nie wyobrażam sobie aby co roku jej ponownie nie przeczytać, mimo że znam ją przecież prawie na pamięć. Ma w sobie tą magię, która tak bardzo potrzebna jest mi w tym okresie. Pomaga wprowadzić się w świąteczny nastrój i jednocześnie odpocząć , gdy wyzwania kuchni czy domu wydają się być nie do przerobienia.
Gdybym wzięła ją do ręki po raz pierwszy teraz, kiedy jestem już dorosła, na pewno zignorowałabym po pierwszej stronie. Ale to mój przyjaciel z lat młodości, i tak pozostanie :)




poniedziałek, 26 listopada 2012

30 Year Long Affair



Moje zauroczenie Jeżycjadą zaczęło się ponad trzydzieści lat temu, od Kłamczuchy.
Myślę, że przeczytałam ją w 1981 roku, czyli miałam w rękach jej drugie wydanie, jeszcze to Naszej Księgarni. Pewnie gdzieś tam leży w otchłaniach strychu mojej matki, a może komuś oddała?
Nieważne, bo w mojej własnej bibliotece ukrytej w drewnianym domu w Górach Skalistych  mam wszystkie  książki Małgorzaty Musierowicz! Kocham Jeżycjadę miłością silną acz platoniczną. Pracy magisterskiej z Jeżycjady nie posiadam, ale kilka opublikowanych artykułów na jej temat popełniłam. Do niektórych pozycji powracałam i nadal powracam, inne połknęłam i odstawiłam na półkę, do kolekcji. Lubię wszystkie.
Szczęśliwą osóbką jestem, bo dane mi było poznać w czasach cielęcych autora którego bardzo polubiłam, który kiedy go poznałam był dopiero na początku swojej drogi i dlatego dane mi z nim było do tej pory spędzić ponad trzydzieści lat. I czekam na więcej!
McDusię podesłała mi kochana moja mama. Ona pewnie nie rozumie tego zauroczenia ale jest fantastyczna i spełnia moje dziwaczne zachcianki. Fajnie to, kiedy 76 letnia dama kupuje wybitnie młodzieżową książkę (te rysunki Musierowicz są aż zanadto zdradliwe) dla swojej 44 letniej córy :)

Książkę połknęłam w dwa wieczory (skończyły się czasy kiedy lektury miały pozwolenie na trzymanie mnie pod lampą do białego rana) , czując niesamowity żal, jak zwykle zresztą, że już się skończyła.
Nie wiem, dlaczego ciągle lubię. Może dlatego że czytając Jeżycjadę  jestem beztroską dziewczyną przeżywającą jedną ze swoich pierwszych miłości? A może dlatego, że zawsze potrafię znależć w książkach Musierowicz odpowiednik siebie na obecnym etapie życia? Nigdy mnie nie zawodzi. I już doczekać się nie mogę części kolejnej!



wtorek, 24 maja 2011

Deszcz wiosenny

"Jakaż dziwna była pogoda tego lata. Deszcze i mgły, porywiste wiatry i zimne noce, ciemne poranki i przytłaczające popołudnia. Dzisiejsze było nawet bardziej niż przytłaczające! Nastrój grozy wisiał w atmosferze i potęgował się z kwadransa na kwadrans. Kiedy Ida szła ulicą Krasińskiego, czuła ciężki, wilgotny oddech wiatru pchającego się przez wąwóz ulicy. Ciemnofioletowe chmury przykrywały szczelnie całe niebo, przelewając się w miejscu i kłebiąc nad dachami jak brudny pył. Dalekie światło, przesiane przez tę fioletową warstwę, przesycało powietrze niesamowitym stłumionym blaskiem"

(Malgorzata Musierowicz, Ida Sierpniowa - Sobota, 4 Sierpnia)

Od zawsze lubiłam deszcz. Nie wiem czemu, może daje mi większe poczucie bezpieczeństwa niż sloneczne, bezchmurne niebo? Bo moge się schować w czeluściach prochowca, kaloszy, parasola?
W deszcz można się ubrac na przekór wszystkiemu i nikt sie nie zdziwi - no bo może nie zdążyla, wypadła na ten deszcz nagle i dlatego chwyciła parasol z dziurami?
Pamiętam, kiedy w wieku lat nastu zamieniłam się z Kaśką Ż. na kalosze - oddałam jej swój jeden czerwony w zamian za co dostałam od niej żółty. I chodziłam w tych kaloszach kilka lat.

Rano poleciałam do kościoła odziana w czerwony polar, cygańską spódnice nadgryzioną zębem czasu, stare skórzane trepy i żółtą kurtkę przeciwdeszczową. Spod całego tego kolorowego odzienia wystawały gołe kostki. Przypomniała mi się Elżbieta G, z którą wiele lat temu spędzałam lato w Kazimierzu Dolnym nad Wisłą. Miała chyba tyle lat co ja teraz. Odziana w podobną niedbałość - do dzisiaj pamietam czerwoną, sztruksową koszulę z wielką dziurą, z której wystawał łokieć - stała pod brezentową plandeką na którą spływały potoki deszczu, mieszając w wielkim garze żołty ser, który właśnie przerabiała na topiony. Bo czego jak czego, ale sera żołtego było wtedy pod dostatkiem...

" Deszcz lał obrzydliwie. Ida, schowana pod starym parasolem mamy, pognała w góre ulicy Roosevelta. Przy Dąbrowskiego, na rogu, mieścił się w podziemiach rozległy sklep 'Delikatesów'.
Od kilku lat, co prawda, tytuł 'Delikatesy' zdjęto cichcem ze sklepowego szyldu, co było najzupełniej zrozumiałe dla każdego, kto musiał zaopatrywać się w tej placówce. Ale - choć pozbawiona treści i legalności - nazwa pachnąca dobrobytem utrzymywała się wciąż w świadomości nie tracących nadziei klientów".

(Malgorzata Musierowicz, Ida Sierpniowa - Czwartek, 2 Sierpnia)