Latem mam zawsze czarne stopy.
Oprócz tych mrówek pod prysznicem, o których wspominałam tutaj, to również te moje czarne stopy są równoznaczne z tym, że wreszcie ciepło i letnio. Kilka dni temu leżałam sobie bardzo późnym wieczorem na brzuchu, już w sypialni, coś tam podczytywałam zamaszyście machając nogami. Wchodzi K i od drzwi już kręci z głową z dezaprobatą - "Ty chyba nie zamierzasz z TAKIMI stopami kłaść się do łóżka???" - a co , brzydkie? ;) - "czarne kochanie, czarne - co ty na bosaka po podwórzu latasz???".
Ano tak, tak właśnie robię. Kapci nienawidzę, używam jedynie w najbardziej mroźne dni zimy, zawsze po domu zasuwam w skarpetach, a jak już się cieplej zrobi, to nawet i skarpety idą w kąt. A jak się robi naprawdę ciepło, to i poza domem na bosaka latam, a to do skrzynki, a to śmieci wyrzucić, a to psa wystawić, a to pomidory podlać. Rozumiecie, nie? I pomimo iż podłogi w domu myte regularnie (hę, w miarę) to te stopy jakoś tak samoistnie się brudzą i oczyścić łatwo (przez pocieranie o czystą podłogę) się nie dają.
No i potem te okrzyki w sypialni. Że mam natychmiast pod prysznic, kopytka szorować :) No to mamy lato, panie sierżancie !
Dodam jeszcze tylko, że samotność długoweekendowa wpływa dobrze na czytelnictwo. Przewracam się z brzucha na plecy, zmieniam pokoje, popijam kawę i chardonnay czytając dwie książki na raz , w przerwach oglądając Midsomer Murders. A jak mi się już to wszystko znudzi, biegam po trawie. Na bosaka ;)
niedziela, 25 maja 2014
sobota, 24 maja 2014
Sasza Hady - Trup z Nottingham
Zazwyczaj mam problem kiedy polscy pisarze udają zagranicznych, tzn. kiedy zarówno bohaterowie jak i miejsce akcji z Polską nie mają nic wspólnego. Taka chimeryczna jestem . Powodów brak.
U Saszy Hady nie razi mnie to wcale, wręcz przeciwnie, niejako przyciąga. Trup z Nottingham, jej druga książka z cyklu o detektywie Bendelin, napisana jest tak, jakby wyszła spod pióra flegmatycznego brytyjczyka. Akcja dzieje się w tytułowym mieście, w agencji wydawniczej. Jest trup, potem drugi, potem jeszcze jeden, są sceny przyprawiające o przyspieszone bicie serca, ale całość opowiadania snuje się nieśpiesznie, niejako mgliście, flegmatycznie właśnie. Napięcie może siegać zenitu, ale kiedy przychodzi five o'clock to i tak mamy wstrzymanie akcji , herbatkę, czas na relaks i złapanie oddechu. I nie odbierzcie mnie źle - to wcale nie czyni książki mniej interesującą, wręcz przeciwnie, nadaje jej pewnej autentyczności, sprowadza nas na ziemię, przypomina gdzie jesteśmy. Trupa czyta się lekko, przywołuje on w pamięci stare, dobre opowiadania Agaty Christie. Nie znam życiorysu Saszy Hady (aka Aleksandra Motyka), nie wiem czy część swojego życia spędziła na Wyspach, ale klimat miejsca i ludzi oddaje bardzo , bardzo dobrze.
Polecam do letniego czytania. Nic tak nie relaksuje jak dobry kryminał.
U Saszy Hady nie razi mnie to wcale, wręcz przeciwnie, niejako przyciąga. Trup z Nottingham, jej druga książka z cyklu o detektywie Bendelin, napisana jest tak, jakby wyszła spod pióra flegmatycznego brytyjczyka. Akcja dzieje się w tytułowym mieście, w agencji wydawniczej. Jest trup, potem drugi, potem jeszcze jeden, są sceny przyprawiające o przyspieszone bicie serca, ale całość opowiadania snuje się nieśpiesznie, niejako mgliście, flegmatycznie właśnie. Napięcie może siegać zenitu, ale kiedy przychodzi five o'clock to i tak mamy wstrzymanie akcji , herbatkę, czas na relaks i złapanie oddechu. I nie odbierzcie mnie źle - to wcale nie czyni książki mniej interesującą, wręcz przeciwnie, nadaje jej pewnej autentyczności, sprowadza nas na ziemię, przypomina gdzie jesteśmy. Trupa czyta się lekko, przywołuje on w pamięci stare, dobre opowiadania Agaty Christie. Nie znam życiorysu Saszy Hady (aka Aleksandra Motyka), nie wiem czy część swojego życia spędziła na Wyspach, ale klimat miejsca i ludzi oddaje bardzo , bardzo dobrze.
Polecam do letniego czytania. Nic tak nie relaksuje jak dobry kryminał.
wtorek, 13 maja 2014
Sałatka 30 sekundowa
Potrzeba matką wynalazku, to prawda. Zmęczona nieustannym myciem, ciachaniem i ogólnym dbaniem o to, żeby lodówka pełna była warzyw wszelakich do tego ciachania właśnie, wykonałam kilka dni temu typową sałatkę leniwca. Tak mi posmakowała, że już od kilku dni zajadam się nią kiedy przychodzi mi ochota na małe conieco, a ponieważ robi się ją w sekundy, nawet szybciej niż kanapkę, jem ją niemal na okrągło. Tajemnica szybkości wykonania tego dania polega na tym, że wszystkie (raptem trzy) składniki mam cały czas gotowe pod ręką :)
1. Mix organicznych, młodych, mytych już sałat.
2. Ser Feta
3. Kapary
Voila, oto i sałatka 30 sekundowa !
Do miseczki sałaty dodaję niewielką ilość pokruszonej fety, z 10 kaparów, całość skrapiam odrobiną oliwy z oliwek i gotowe ! Feta jest słona, także soli nie używam, kapary kwaskowe, także zastępują tutaj ocet balsamiczny czy sok z cytryny, oliwa wspaniale łączy wszystkie składniki. Naprawdę pyszne!
Jeśli macie przepisy na równie proste i super szybkie do wykonania sałatki, dzielcie się proszę...
1. Mix organicznych, młodych, mytych już sałat.
2. Ser Feta
3. Kapary
Voila, oto i sałatka 30 sekundowa !
Do miseczki sałaty dodaję niewielką ilość pokruszonej fety, z 10 kaparów, całość skrapiam odrobiną oliwy z oliwek i gotowe ! Feta jest słona, także soli nie używam, kapary kwaskowe, także zastępują tutaj ocet balsamiczny czy sok z cytryny, oliwa wspaniale łączy wszystkie składniki. Naprawdę pyszne!
Jeśli macie przepisy na równie proste i super szybkie do wykonania sałatki, dzielcie się proszę...
niedziela, 11 maja 2014
Blue Jasmine
Lubię Woody Allena. Blue Jasmine konwencją przypomina większość jego filmów. Przerysowany, przegadany, świetny na teatralne deski. To film chyba raczej dla kobiet, zresztą nie wiem, bo oglądałam go sama, także ewentualnych zachwytów czy pojękiwań od osobników płci przeciwnej zabrakło. Chociaż ciekawe co by powiedział K, bo on Allena też bardzo lubi.
Nie będę opowiadała fabuły, zobaczcie kawałek a będziecie wiedzieć o czym to.
Piszę po to, żeby powiedzieć iż kreacja stworzona przez Cate Blanchett naprawdę rewelacyjna, naprawdę oskarowa. Moim ulubionym filmem z Cate pozostaje Aviator, ale tam przecież też wygrała sobie Oskara !
Polecam...
Nie będę opowiadała fabuły, zobaczcie kawałek a będziecie wiedzieć o czym to.
Piszę po to, żeby powiedzieć iż kreacja stworzona przez Cate Blanchett naprawdę rewelacyjna, naprawdę oskarowa. Moim ulubionym filmem z Cate pozostaje Aviator, ale tam przecież też wygrała sobie Oskara !
Polecam...
środa, 12 marca 2014
Uzależnienie
Pisałam już kiedyś o tym, że kiedy wciąga mnie serial to wciąga do końca, na potęgę, bez znieczulenia.
Wszystko idzie wtedy na tylną fajerkę, zapominam o Bożym świecie, funkcjonuję tylko na aby aby, każdą wolną chwilę dnia i nocy oglądam...
Kilka tygodni temu zmógł mnie wirus jakiś. Zmógł na tyle, że nie wyłaziłam z łóżka przez kilka dni, mąż mi do sypialni herbaty i rozgrzewające zupki przynosił, głowa bolała od temperatury, czytanie jakoś nie szło, zaczęłam oglądać Forbrydelsen. I wciągło mnie ;)
Na przełomie kilku dni obejrzałam wszystkie trzy sezony.
I tak zakochałam się w filmie duńskim. Stany mają już swoją podróbkę w postaci The Killing, ale to nie to samo. Forbrydelsen ma jakąś taką autentyczność, zwykłość, codzienność. Lepszy po prostu jest !
Po Forbrydelsen przyszedł czas na Borgen. Tutaj już nie było łatwo, bom ozdrowiała ( a niech to gęś), także z polegiwania na szezlongu nici, od razu by mnie przyuważono. Także oglądałam nocami, kiedy cały dom już dawno ululany Sama siebie oszukiwałam, że tylko jeden odcinek (pond 50 minut każdy), że już za chwileczkę idę spać...by tuż przed świtem przyłożyć głowę do poduszki i po krótkiej chwili powstać do pionu i toczyć walkę z kolejnym dniem...aby do wieczora, do następnych kilku odcinków...Sezon pierwszy już za mną !
A w tak zwanym międzyczasie, niby od niechcenia, rzuciłam okiem na Les Revenants, bo amerykanie już podróbkę wypuszczają, czyli oryginał musi być dobry. I właśnie tak upłynął mi ostatni weekend :)
Wszystko idzie wtedy na tylną fajerkę, zapominam o Bożym świecie, funkcjonuję tylko na aby aby, każdą wolną chwilę dnia i nocy oglądam...
Kilka tygodni temu zmógł mnie wirus jakiś. Zmógł na tyle, że nie wyłaziłam z łóżka przez kilka dni, mąż mi do sypialni herbaty i rozgrzewające zupki przynosił, głowa bolała od temperatury, czytanie jakoś nie szło, zaczęłam oglądać Forbrydelsen. I wciągło mnie ;)
I tak zakochałam się w filmie duńskim. Stany mają już swoją podróbkę w postaci The Killing, ale to nie to samo. Forbrydelsen ma jakąś taką autentyczność, zwykłość, codzienność. Lepszy po prostu jest !
Po Forbrydelsen przyszedł czas na Borgen. Tutaj już nie było łatwo, bom ozdrowiała ( a niech to gęś), także z polegiwania na szezlongu nici, od razu by mnie przyuważono. Także oglądałam nocami, kiedy cały dom już dawno ululany Sama siebie oszukiwałam, że tylko jeden odcinek (pond 50 minut każdy), że już za chwileczkę idę spać...by tuż przed świtem przyłożyć głowę do poduszki i po krótkiej chwili powstać do pionu i toczyć walkę z kolejnym dniem...aby do wieczora, do następnych kilku odcinków...Sezon pierwszy już za mną !
A w tak zwanym międzyczasie, niby od niechcenia, rzuciłam okiem na Les Revenants, bo amerykanie już podróbkę wypuszczają, czyli oryginał musi być dobry. I właśnie tak upłynął mi ostatni weekend :)
czwartek, 6 marca 2014
Pokocham Ją Siłą Woli
Czyżbym wracała do Stachury? Ile to już lat...
Znalezione dzisiaj. Piękne.
Posłuchajcie. Przytulcie.Weźcie za ręce. Się.
Pokocham Ją Siłą Woli
Znalezione dzisiaj. Piękne.
Posłuchajcie. Przytulcie.Weźcie za ręce. Się.
Pokocham Ją Siłą Woli
środa, 5 marca 2014
Chrust czyli faworki
Ostatki za nami, dzisiaj Popielec. Pomazana popiołami zaczynam postne gotowanie.
Wczoraj zajadaliśmy się chrustem, dzisiaj go dokańczamy. Taka nasza domowa tradycja.
Od kiedy pamiętam, chrust czyli faworki kojarzył mi się właśnie z Ostatkami. Pączki jadało się w Tłusty Czwartek. Ale kiedy sama zaczęłam gotować i piec, szybko zorientowałam się, że powszechna opinia jakoby faworki były trudne i pracochłonne nijak nie zgadzało się z moim nowo zdobywanym doświadczeniem. Ciasto zagniata się błyskawicznie, wszystko co do niego potrzebne zazwyczaj mamy w domu, smażą się szybko tylko trzeba przy nich stać, bo przypalić łatwo. Także faworki robię często, bo naprawdę zachodu niewiele.
Przepis którego trzymam się od lat pochodzi z mojej pierwszej książki kucharskiej, przywiozionej mi lata temu przez mamę. Pamiętacie ją jeszcze? W wielu polskich domach była. Kuchnia Polska wydana przez Państwowe Wydawnictwo Ekonomiczne w 1987 roku. Moja cała poplamiona, doświadczona kuchnią na niejednej kartce.
20 dkg. mąki pszennej
3 żółtka
odrobina soli
3 do 4 łyżek gęstej, kwaśnej śmietany (sour cream)
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżka spirytusu (jeśli nie mam, nie dodaję)
tłuszcz do smażenia - od lat smażę na oleju kukurydzianym
Wszystkie składniki ciasta połączyć i zagnieść. Ciasto powinno być elastyczne, mieć konsystencję ciasta na kluski. Odkrajamy małą jego część i wałkujemy dosyć cienko. Trzeba odrobinę podsypywać mąką, ale starajcie się nie za dużo bo mąka będzie się przypalała w czasie smażenia. Kiedy placek już rozwałkowany, kroimy radełkiem długie paski, każdy pasek przekrajamy w środku wzdłuż i przewijamy. Posłużę się tutaj ilustracją z książki:
Smażymy w sporej ilości oleju, najlepiej w płaskim i szerokim garnku, z obydwu stron na jasno złoty kolor. Tutaj trzeba uważać, bo naprawdę łatwo je przypalić. Usmażony chrust odsączmy na ręczniku papierowym, kiedy wystygnie posypujemy delikatnie cukrem pudrem.
Smacznego !
Wczoraj zajadaliśmy się chrustem, dzisiaj go dokańczamy. Taka nasza domowa tradycja.
Od kiedy pamiętam, chrust czyli faworki kojarzył mi się właśnie z Ostatkami. Pączki jadało się w Tłusty Czwartek. Ale kiedy sama zaczęłam gotować i piec, szybko zorientowałam się, że powszechna opinia jakoby faworki były trudne i pracochłonne nijak nie zgadzało się z moim nowo zdobywanym doświadczeniem. Ciasto zagniata się błyskawicznie, wszystko co do niego potrzebne zazwyczaj mamy w domu, smażą się szybko tylko trzeba przy nich stać, bo przypalić łatwo. Także faworki robię często, bo naprawdę zachodu niewiele.
Przepis którego trzymam się od lat pochodzi z mojej pierwszej książki kucharskiej, przywiozionej mi lata temu przez mamę. Pamiętacie ją jeszcze? W wielu polskich domach była. Kuchnia Polska wydana przez Państwowe Wydawnictwo Ekonomiczne w 1987 roku. Moja cała poplamiona, doświadczona kuchnią na niejednej kartce.
20 dkg. mąki pszennej
3 żółtka
odrobina soli
3 do 4 łyżek gęstej, kwaśnej śmietany (sour cream)
1 łyżeczka proszku do pieczenia
1 łyżka spirytusu (jeśli nie mam, nie dodaję)
tłuszcz do smażenia - od lat smażę na oleju kukurydzianym
Wszystkie składniki ciasta połączyć i zagnieść. Ciasto powinno być elastyczne, mieć konsystencję ciasta na kluski. Odkrajamy małą jego część i wałkujemy dosyć cienko. Trzeba odrobinę podsypywać mąką, ale starajcie się nie za dużo bo mąka będzie się przypalała w czasie smażenia. Kiedy placek już rozwałkowany, kroimy radełkiem długie paski, każdy pasek przekrajamy w środku wzdłuż i przewijamy. Posłużę się tutaj ilustracją z książki:
Smażymy w sporej ilości oleju, najlepiej w płaskim i szerokim garnku, z obydwu stron na jasno złoty kolor. Tutaj trzeba uważać, bo naprawdę łatwo je przypalić. Usmażony chrust odsączmy na ręczniku papierowym, kiedy wystygnie posypujemy delikatnie cukrem pudrem.
Smacznego !
Subskrybuj:
Posty (Atom)




